
2006, reż. scen. wyk. Sylvester Stallone
To już 6. część przygód Rocky’ego. Na samą myśl, że to kolejny epizod potyczek boksera można mieć mieszane uczucia. A gdy do tego dodać potraktowanie serio tematu walki szcześćdziesięcioletniego boksera z czarnym mistrzem świata można oczekiwać prawdziwej farsy.
Co się stało z Rockym przez te lata? Cierpi po utracie żony, nie potrafi nawiązać kontaktu z synem choć bardzo się stara oraz prowadzi małą włoską restaurację. Nie marzy o walce czy chwale. W końcu jednak poznaje Mary, a w efekcie problemów z synem i zaczyna myśleć o ringu…. I nagle przedstawiciele mistrza świata wagi ciężkiej Dixona pojawiają się u Rocky’ego by złożyć mu pewną propozycję.
To nie żart. To zarys fabuły. Mówiąc szczerze nie ma co niszczyć filmu, ale powiedzmy sobie szczerze, że jest on śmieszny. Śmieszy w swej tragiczności, równocześnie robi się smutno i żal- tego co i po co robi Stallone. Zacznijmy od tego, że Rocky Balboa ma wyraźny wydźwięk nostalgiczny za tamtymi latami, czasem młodości, świetności i sukcesu. Zarówno Rocky’ego jak i Stallone’a. Czuć to wyraźnie. I choć Reżyser, aktor i scenarzysta w jednej postaci stara się pokazać siebie jako starca, ale z jajami- to tęsknoty, która zaczyna w pewnym momencie być smieśzna się nie ustrzegł. Zacząc należy od tego, iż Stallone komicznie wygląda jako Rocky. Jest już wyraźnie brzydki i odpychający. Gdy był młody jakoś mu do twarzy było z tymi rysami. Teraz Stallone wygląda jak potwór, szczególnie w połączeniu ze stylem bycia i dykcją Rocky’ego. To samo tyczy się scen na ringu… Stallone jest już stary, straszy z ekranu zmarszczkami i żyłami i na prawdę budzi żal. Sekwencje z jego ćwiczeniami, walkami trudno traktować poważnie, a nie można tu mówić o ironii. STallone traktuje temat tak poważnie, że jest po prostu śmieszny. Długo niezapomnę widoku z profilu biegnącego po wzgórzu faceta z brzuchem w dresie…
Ten film to głównie dialogi a przede wszystkim monologi Rocky’ego. Mówi tutaj dużo i naprawdę miał szansę zademonstrować swój warsztat. Co z tego, jeśli przez dykcję, wygląd i wiek to wszystko razem wygląda naprawdę żałośnie i nie można się oprzeć wrażeniu, iż było niepotrzebne. Może i Stallone się wysila, krzyczy, przekonuje, lecz widz i tak ma na twarzy uśmiech i trochę politowania. Cały film właśnie taki jest, brak mu dystansu i wyczucia przez co jest śmieszny. Nie odczuwam żadnej pogardy, po prostu trochę mi żal. Pamiętajmy, że co jak co ale pierwsze część Rocky’ego została dwukrotnie zaliczona przez AFI do 100. filmów wszechczasów (ale 60 pozycji pod ‘Wściekłym Bykiem’, yea)
Trzeba też wspomnieć o muzyce, która choć nie jest fatalna, to pompatyczna, kiepskawa i tania.
Jedyne co naprawdę mi się podobało w tym ‘‘Rocky Balboa’ i to srodzę to Filadelfia. Filadelfia nocą. Biedna, bogata, z knajpkami, kamienicami- taka jaką pamiętamy z Rocky’ego I a jednak dzisiejsza. Bardzo klimatyczny i pociągający obraz, widać, ze Stallone czuje mięte do tego miasta. Niemniej jednak znów obraz się burzy jeśli stać fakt taki, iż Stallone namawiał radę miasta do wybudowania pomnikowi Rocky’ego…
Produkcja żałosna, obraz niepoważny i niestety wzbudza gorzki śmiech.
Na szczęśćie, bo nikomu nie życzę źle- film to OGROMNY sukces kasowy! Aż dziw, że nie było o tym w mediach: ,produkcja zarobiła 152 mln. $. Czas zdjęciowy: 38 dni. Budżet: 20 mln. $. 130 mln. dolarów na czysto. 10 razy więcej niż ‘Alexander’ Stone’a. Bez komentarza;)
Czekam na rok 2008. i nowy film Stallone’a…. ‘John Rambo’.
3.5/10 Poniżej oczekiwań. Film niepoważny.
FILMWEB: Link