Eastern Promises

27 04 2008

2007, reż. David Cronenberg, wyk. Viggo Mortensen, Naomi Watts, muzyka Howard Shore, zdjęcia Peter Suschitzky

Film gangsterski, jakiego jeszcze nie widziałem to ‘Eastern Promises’. Nie pada tu żaden strzał, gangsterzy nie noszą pistoletów o epicentrum opowieści jest niemowlęcie. Rosyjska mafia w Londynie, jej obyczaje i rys charektorologiczny Rosjan na emigracji jest tu bardzo wyrazisty i ostry, gdyż nie ma miejsca na kompromisy czy tłumeczenie kogokolwiek czymkolwiek. Ludzie twardzi jak skała, czasem bewzględni żyją w świecie, który nie zna okrucieństwa, a które to okrucieństwo wychowało ich w ojczyźnie.

Gdy 14. Tatiana umiera wydając na świat dziecko stwarza nie lada problem organizacji przestępczej Semyona. Tatiana- niewolnica, ofiara gwałtów i tortrur zostawia po sobie pamiętnik, który czyta z przerażeniem Anna (Naomi Watts), która odebrała poród.

Sprawą zajmuje się pnący w górę, bezwzględny i twardy Nikolai Luzhin. Pokryty tatuażami, które w rosyjskich więzieniach streszczają historię danego człowieka jest wiernym żołnierzem. Szybki, zdecydowany i opanowany do tego stopnia, że aż przeraża chłodem. Nie zadaje pytań. Po prostu jest ’szoferem’. ‘Jadę prosto, albo w prawo albo w lewo. To wszystko’. Przyjaźni się z Kirilem, synem Seymora, która wspiera jego szybki awans.

Jednak Nikolai okazuje Annie, przerażonej okrucieństwiem i potęgą Semyona z zaskoczeniem odkrywa ludzkie odruchy w Nikolaiu.

Kim jest tak naprawdę Nikolai?

Viggo Mortensen nie jest centrum akcji  i nie o niego tu chodzi, jednak postać Nikolaia zachęca nas do zadania tego pytania. Elegancki garnitur, oszczędne ruchy, wyraźny rosyjski akcent, twarz doświadczona życiem oraz tajemnicze spojrzenia. Mortensen z sukcesem kreuje przerażająco prawdziwą postać i skupia na sobie całą uwagę. Obserwowanie go w tym filmie na ekranie to czysta przyjemność- sam nie mogę wyjść z podziwu. Jest facetem, który bez zmrużenia oka obcina nieboszczykowi palce i wyrywa zęby by utrudnić identyfikacje przed czym ‘kulturalnie’ gasi papierosa na swym języku wypraszając osoby, które nie mają ochoty oglądać jego pracy.

Poprzeczka stoi wysoko, gdyż Nikolai to postać skomplikowana i wcale nie zepsuta do szpiku kości. W pewnym momencie zmieniamy na niego pogląd- nie ze względu na to co robi, a ze względu na to kim jest. Czyli nie wystarczyło zagrać zepsutego do szpiku gości potwora, który lubi dobre samochody i jest elegancki.

Słowa uznania dla Mortensena wypowiadać można dzięki Cronenbergowi, ktory nakręcił film bardzo dobry a równocześnie mroczny. ‘Eastern Promises’ jest pikantny i naturalistyczny, w pamięc zapada scena zamachu i walki o życie Nikolaia w łaźni. Krwi leje się tutaj dość sporo a trup ściele się gęsto. To jednak tylko tło. Cronenberg umiejętnie łączy z sobą wątki, pozwalając się wykazać aktorom nie odwracając naszej uwagi od tragedii matki i dziecka. Jedno życie się kończy a drugie się zaczyna.

Na skojarzenie przychodzi mi od razu inna produkcja Cronenberga i Mortensena a mianowicie świetna ‘Historia Przemocy’. Tam mieliśmy potwora w dobrym człowieku, tutaj jest dobry człowiek w potworze. Gdy już porównywać te dwa filmy, należy stwierdzić, że ‘Eastern Promises’ to film lepszy, znacznie bardziej poważny, dopracowany i dosadny.

Seans minął w mgnieniu oka, a Nikolaia Luzhina długo nie zapomnę.

9/10





Rescue dawn / Operacja Świt

27 04 2008

2006, reż Waren Herzog, wyk. Christian Bale, Steve Zahn, muzyka Klaus Badelt

Historia Dietera Denglera, amerykańskiego pilota niemieckiego pochodzenia, który został zestrzelony podczas swojej pierwszej misji w 1965 roku nad Laosem i dostał się do niewoli.

Dieter od dziecka marzył by latać, ‘ameryka dała mu skrzydła’, lecz paradoksalnie- spełnienie jego marzenia wiązało się z również tragedią. Dieter nie tylko dostał się do niewoli gdzie był więziony i torturowany, lecz również udało mu się zbiec i ocalić życie…

Film Warnera Herzoga nie jest dziełem wybitnym ale z całą pewnością to obraz ciekawy i interesujący. Przede wszystkim to nietypowe kino wojenne- bez scen batalistycznych i bitew.Wojna upstrzona jest tutaj popadaniem w obłęd, trwaniem w niewoli i wielką wolą walki. Najciekawszy element filmu do niewola Denglera właśnie. Obserwujemy jak Dieter dostaje się do obozu gdzie znajdują się nieco nawiedzeni więźniowe- z biegem czasu rośnie głód (Christian Bale schudł do tej roli 25 kg) a Dieter również zaczyna wariować. Tym samym otrzymujemy komplet na wpóły obłąkanych więźniów, którzy w pewnym momencie- pod wpływem zdeterminowanego Denglera- zaczynają planować ucieczkę.
Christian Bale, który z początku nie przekonuje wyśmienicie wcielił się w postać jeńca, dzięki któremu możemy obserwować to co w filmie najważniejsze- czyli wolę życia. Bale znakomicie wywiązuje się ze swej roli, gdyż uwydatnia element paranoidalny w psychice więźniów, udaje się to znakomicie gdyż nie chodzi tu o zatraceniu w szaleństwie, lecz bardziej o odmienne stany świadomości, zwidy czy zwkłe majaczenie- słowem: balansowanie na krawędzi.
Chociaż gra Christiana Bale’a zasługuje na pochwałę, inni aktorzy jak Steve Zahn nie wypadają blado tworząc zgrabną i spójną całość.

‘Operacja Świt’ mimo patetycznej (ale dobrej) muzyki nadętym filmem nie jest. Nie jest również filmem typowym- czuć tu rękę mistrza, która wyraża się w znakomitych zdjęciach, scenografii i szczypty psychodelii bez silenia się na narkotyczne wizje czy mroczną muzykę. Momentami wręcz czuć, że obraz jaki oglądamy wyszedł spod ręki ‘kogoś z zewnątrz’. Herzog ma swój styl i doskonale to widać. Na chwilę warto powrócić jeszczę do muzyki- gdyż za tę odpowiedzialny jest sam Klaus Badelt. Muszę przyznać, że ten artysta ciągle ewoluuje, gdyż ścieżka dźwiękowa ‘Rescue Dawn’ posiada zarówno charakterystyczne dla Badelta syntetyczne motywy jak i zupełnie dojrzałe i poważne kompozycje- im dalej w filmie tym większe natężenie tego drugiego klimatu.

Wzruszające i patetyczne zakończenie niczego nie psuje,  moim zdaniem posłużyło Herzogowi by stanowczo podkreślić  pasję życia i niepohamowaną radość. Nie ma mowy o ‘pozytywnym zakończeniu bo tak ładniej wygląda’.
Obraz barwny, ciekawy, składający się z kilku etapów i mający coś do powiedzenia.

7/10





Harsh times / Ciężkie Czasy

27 04 2008

2005, reż David Ayer, wyk. Christian Bale, Freddie Rodrigues, Eva Longoria

Południowo centralne Los Angeles. Jim i Mike jeżdżą ulicami LA pijąc piwo, paląc skręty i ładując się w kłopoty.
Jim (Christian Bale) były żołnierz oddziałów specjalnych dręczami złymi snami stara się o przyjęcie do Policji. Odmowa rozpoczyna u niego marsz ku autodestrukcji.
Nie powstrzymuje go wspaniała ani perpsektywa pracy dla DEA, ani miłość ani wspaniały przyjecial. Przyjaciel, który ma kłopoty osobistę z żoną Sylvią (Eva Longoria)
jednak od niczego go nieodciąga- więc chłopaki razem rozbijają się po mieście w garniturach (rankiem wychodzą z domów w poszukiwaniu pracy). Nie są jakimiś
lalusiami, których można popychać- o czym przekonuje się kilki członków gangu.
Jim ciągnie na dno swego przyjaciela i wszystkich dookoła, który łaknie coraz więcej przemocy i igrania z losem. Christian Bale jest zdecydowanie najjaśniejszym punktem filmu- to najbardziej znana twarz, jego postać jest najbardziej charakterystyczna oraz nadaje tok wydarzeniom. Doskonale Bale oddał sytuację młodego, świetnie wyszkolonego wojska, ktory świadomie- acz lekko wszystko traktując- zapędza się w coraz to większe kłopoty, wręcz z premedytacją usiłując zniszczyć sobie życie. Do końca nie wiem, czy Jim jest szalony, głupi, nieświadomy czy po prostu nie chce już żyć. Daje mu to niesamowitą siłę ale czyni go też czymś gorszym.
Wtórujący mu Freddie Rodrigues znany m.in. z ‘6 stóp pod ziemią’ czy ‘Planet Terror’ nie wypada przy nim blado. Jego bohater w porę się opamiętuje ale chyba już jest za późno. Jim jest jednak mu najbliższą osobą i nie zamierza opuścić swojego kumpla.

Nastrój filmu to coś dla fanów hip-hopu, gangów Los Angeles a nawet GTA San Andreas. Film nakręcono w 26 dni, lecz to porządna i wciągająca produkcja.
Reżyseruje go scenarzysta m.in. ‘Patrioty’ oraz Szybkich i Wściekłych’. Wkrótce do kin wchodzi jego najnowszy film z Keeanu Reeves’em

Dobry Film. 6/10





American Psycho

27 04 2008

2000, reż. Mary Harron, wyk. Christian Bale, Jared Leto, Willem Dafoe

Ten film z 2000 roku, oparty  znakomitej książce stanowi o talencie Christiana Bale’a. Oczywiście talent odkryty w ‘Imperium Słońca’ już dawno czarował. Tutaj jednak Bale to już dorosły mężczyzna a tym filmem tchnął swą karierą na zupełnie nowe terytoria, gdyż to jego najlepszy występ w karierze.

Poziom na jaki się wspiął kreśląc amerykańskiego psychopatę jest imponujący. Wściekła bestia taplająca się we krwi, zrozpaczony  bezkarnością płaczący frustrat  jak również nienagannie ubrany ważniak z Wallstreet. W każdym z tych stanów Patricka Batemana walijski aktor jest doskonały.

Tak jak i cały film-ze specyficznym klimatem- do końca nie mamy pewności w pewnych momentach,czy to nie jest czasem sen,ułuda głównego bohatera. Może pachnie to ‘Milczeniem Owiec’, ale mamy tutaj bestialstwo, plugastwo i mord przemieszany z wiekowym chardonnay, wykwintną kolacją, i wysokim poziomem życia. . Bardzo to ciekawe. Film nie tłumaczy kim jest główny bohater, nie chce nas zbliżyć do psychopaty. Nikt nie próbuje dokonać zabiegu ‘to potwór, a widz go i tak polubi- jakże to przewrotne’

Tu jest inaczej. Wyrażnie, bardzo wyraźnie czułem ten głów mordu, tę chęć zabijania, tę potrzebę silniejszą nawet od popędu seksualnego by zabijać: dla zabawy, dla rozkoszy, dla satysfakcji. A potem Batemanowi puszczają hamulce, totalny szał. Lecz nigdy nie przychodzi kara i pokuta, co doprowadza Patricka Batemana do szału
Doskonały film. Interesujący, poruszający. Znakomite kreacje aktorskie, muzyka. Polecam serdecznie 9/10





Fear and loathing in Las Vegas/ Las Vegas Parano

27 04 2008

1998, reż. Terry Gilliam, wyk. Johnny Depp, Benicio del Toro

Las Vegas Parano to pokręcony absurd do granic możliwości, film o którym trudno zapomnieć.
Bez narkotyków można odlecieć, co doskonale pokazuje nam ‘Las Vegas Parano’, który w zasadzie sam jest ciągłą narkotyczną wizją z ludźmi-jaszczurami w tle Przygody Raola Duke’a i Dr. Gonzo mocno wciskają się do pamięci za sprawą wprost niesamowitego Johnny’ego Deppa, którego gra- pełna wygibasów, dziwnych min i odzywek przyprawia o zawrót głowy.

Do duetu drugi ćpun- Benicio Del Toro z ogromnym brzuchem i apetytem. Przypadki obu panów są maksymalnie szalone, pokręcone i absurdalne- jedni się na filmie śmieją a inni odlatują- obojętnie nie przechodzi nikt.
To co para wyprawia na ekranie jest tyleż komiczne co obrzydliwe, tak jak wszystko w tym filmie. Świat, bohaterowie i ich rozterki. Gonzo i Duke miotają się od narkotyków po paniczny strach przed policją. A  kwestia wypowiadana przez Duke’a na początku filmu jest doskonałym-oddanym w pigułce- klimatem tego filmu. Do tego Ellen Barkin, wykorzystywana Christina Ricci i Cameron Diaz.
Po ‘Las Vegas Parano’ w głowie pozostaje nam mnóstwo scen i perypetii bohaterów, no bo jak zapomnieć Deppa z jaszczurzym ogonem który giba się po obrzydliwym, zdewastowanym pokoju hotelowym.
Fabuła sprowadza się do ciągłego zażywania narkotyków i usiłowaniach napisania relacje sportowaą z wyścigu. Amerykański sen i mit oczami zaćpanych degeneratów, którzy brudzą, szmacą i zalewają fekaliami wszystko co spotkają na swojej drodze.

Niezapomniany film, niesamowity Depp i Del Toro. Takich filmów się nie zapomina a ja uważam Las Vegas Parano za obraz genialny. A za wszystko odpowiedzialny genialny reżyser takich obrazów jak ‘12 Małp’

10/10





Sleepy Hollow/ Jeździec bez głowy

27 04 2008

1997, reż. Tim Burton, wyk. Johhny Depp, Christina Ricci, muz. Danny Elfman

Adaptacja powieści  Washingtona Irvinga to film bardzo udany. Legenda została tu ukazana w iście legendarny i znakomity sposób.
Nic tutaj nie zostało pozostawione przypadkowi. Wspaniałe tło muzyczne, znakomite kostiumy i charakteryzacja oraz efekty specjalne. Chociaż swtierdzenie, że wszystko charakteryzuje się wspaniałością jest niecelne.
Każdy element filmu bardzo dobrze się kombinuje, gdyż szereg kolejnych czynników składa się na ogólny, tak wyczuwalny w filmach Burtona Klimat. Przede wszystkim udało się tutaj spleść amerykańską legendę w charakterystyczny dla Burtona nastrój i atmosfere. Wszystkie jego filmy mają pewnego rodzaju wspólny mianownik. Nie twierdzę przez to, że Nowa Anglia z ‘Jeźdźca bez głowy’ to Gotham City z ‘Batmana’, aczkolwiek coś w tym stwierdzeniu drzemie.
I tak pogoda, scenografia i inne elementy snują nam mroczny, minimalnie psychodeliczny przez swoje czarne poczucie humoru-  otoczenie. Otoczenie podkolorwane znakomitą obsadą. Mamy tutaj Christophera Walkena, co już zapowiada film niebanalny. Jednak nawjażniejsze we wszystkim to gra Johnnyego Depp’a- jakże czaruje on kreacją flegmatycznego naukowca. Aż ciśnie się na usta swojsko brzmiące ‘nie mędrca szkiełko i oko…’
Do duetu z Depp’em gra blado wypadająca w tym filmie Christina Ricci, która wygląda tu jak dzidziuś ale oczywiście gra trochę lepiej.

Doskonałe, krwiste, niebanalne kino. I to bez żadnych komputerów.
Rewelacja

9/10





The Missouri Breaks/ Przełomy Missouri

22 04 2008

1976, wyk. Marlon Brando, Jack Nicholson

Przełomy Missouri trudno nazwać antywesternem, choć ze względu na postać Marlona Brando, kilka zabawnych scen oraz tło muzyczne
nie ma mowy o kolejnym westernie z twardzielami.
Ten obraz z 1976 roku warto zobaczyć ze względu na duet Jacka Nicholsona i Marlona Brando. Nicholson jako
’szlachetny łotr’ podstępnie mszczący się na właścicielu ziemi, który powiesił kumpla Nicholsona- koniokrada nawiasem mówiąc. A więc
Nicholson mści się, w międzyczasie uprawiając ogródek i oddając się rozkoszom z córką majętnego starca.
Z kolei Brando to łowca głów, który uwielbia perfumy, jaskrawe stroje, dobrą kuchnie i ma problemy z gazami, czym ratuje się
podczas licznych dyskusji.
Rozpoczyna się pogoń za koniokradami i konsekwentna eliminacja łobuzów. Pytanie brzmi do kogo należy ostatnie słowo?

‘Przełomy Missouri’ to klasyk z niepowtarzalną, złotą obsadą osadzony w konwencji westernu. Film się jednak postarzał i wymaga odrobiny cierpliwości, choć taki duet na ekranie.
Dla miłośników kina to zdecydowanie pozycja obowiązkowa. Na potężną dawkę emocji jednak nie liczcie.

7/10





About Schmid

20 04 2008

reż. Alexander Payne, 2002

‘About Schmidt’ to  ciężki temat przedstawiony z lekkością, gdyż jest to film który odziera nas ze złudzeń przypominając o starości i tym
co nas czeka- bez happy endu. Chociaż wiele sytuacji pokazanych jest w zabawny sposób a czasem pojawia się nawet promyk nadziej to w
gruncie rzeczy i film i wspomnienie po nim jest przygnębiające. Stary człowiek odchodzi na emeryturę- w pracy same młode orły więc jest niepotrzebny. W domu natomiast
wyrodna córeczka na którą trzeba płacić i ‘jakaś stara kobieta’, która charakteryzuje się tym, że irytuje Schmidta i jest jego żoną.
Gdy jednak i ona odchodzi, Schmidt zostaje sam. Nawet jego wspomnienia przegrywają z rzeczywistością. Tak naprawdę gdy odejdzie, a później wszyscy , którzy go znali- to będzie tak jakby nie istniał…

Siły całemu obrazowi daje wytrawny Jack Nicholson, który potraktował bardzo poważnie. To nie ten Nicholson, którego znamy.
W dalszym ciągu jest on wybornym artystą, który zapiera dech w piersiach swą grą. Jest jednak grubszym, smutnym, nieśmiałym starszym
panem, który w sumie jest przegrany, czasem żałosny- i miota się od ściany do ściany w szarej rzeczywistości. Nie widziałem jeszcze tak
pokornego, ‘maluczkiego’ i nijakiego Nicholsona- to znaczy bohatera, którego gra. Albowiem Schmidt jest właśnie takim człowiekiem- starszym, grubszym panem
który w ostateczności nie mówi co myśli a pokornie wbrew sobie gryzie się w język, a w listach do pewnego afrykańskiego dziecka, które sponsoruje
-opisuje świat, jaki chiałby widzieć. Niestety, świat jest inny- czas przemija a większość z nas czeka nuda i nijakość- jeśli oczywiście będziemy ciężko
pracować na dam, samochód i rodzinę….

Polecam, wyśmienity film i obowiązkowa pozycja dla każdego, kto szanuje Nicholsona

7/10





S.F.W/ Cholerny Świat/ I co z tego

9 04 2008

1994, reżyseria Jefery Levy scenariusz Danny Rubin , Jefery Levy zdjęcia Peter Deming (więcej…) muzyka Graeme Revell
na podstawie: powieści Andrew Wellmana czas trwania: 96

Film pokolenia Nirvany.  Bez pretensji i pozy.
Grupa terrorystów barykaduje się w supermarkecie z garstką zakładników. Szaleńcy przez 36 dni nagrywają całą sytuację i wysyłają na bieżąco taśmy do telewizji z żądaniem emisji bez jakiejkolwiek cenzury- w przeciwnym razie grożą eksterminacją przetrzymywanych. Kolejno mordują niewinnych ludzi a cały świat na to patrzy. Obserwuje też postawę Cliffa, który dzielnie stawia opór oprawcom wyśmiewając ich i okazując brak strachu- ma wszystko gdzieś. ‘So fucking what?’
Z tragedii ocalały tylko dwie osoby: Cliff Spab (Stephen Dorff) oraz Randy Pfister (Reese Whiterspoon)
Z miejsca stają się bożyszczami tłumów. Cliff jest mega gwiazdą, wszyscy chcą go dotknąć, każdy wierzy w jego filozofie ‘i co z tego- so fucking what) a sam Spab staje się guru i głosem nowego pokolenia.
MTV, Talk Show, 60 minut, wywiady, książki- wszyscy w wielkiej podniecie skupiają się wokół Cliffa. Rodzina i najbliżsi węszą tylko pieniądze Ten nie bardzo to wszystko rozumie i niezbyt się tym przejmuje- więc postanawia uciec. Okazuje się to niemożliwe. W efekcie postanawia rzucić się w wir sławy i dać ludziom to, czego chcą. Jednak okazuje się, że media rządzą się swoimi prawami.

“Reality show pokazują gówno a nie rzeczywistość”. Nie można powiedzieć, że film ‘Cholerny Świat/ i co z tego?” zamyka się w tym twierdzeniu, lecz na pewno stanowi ono tło dla tej bardzo ciekawej, niesamowicie świeżej produkcji.

“S.F.W.” (So Fucking What) w teorii nie ma predyspozycji by być aktualnym po tylu latach. Wręcz przeciwnie- mogłoby się wydawać, że film się szybko i mocno postarzeje, straci na znaczeniu. A wyprodukowano go w 1994 roku

‘SF.W.’ stoi bardzo mocno w swoich czasach. Czasach pokolenia X, początku lat 90′, gdy królowała Nirvana i grunge. Młodzi totalnie się buntowali przeciw wszystkiemu oddając się czci malowanym autorytetom, którzy taplali się w wulgaryzmach, brudzie i totalnej abnegacji.
Film mocno wpisuj się w tamten czas, tło muzyczne jest bardzo apetyczne- pojawia się tutaj Soundgarden, Pearl Jam, Marilyn Manson a nawet Radiohead i Hole.

Nie ma tu nikt na celu jakiegoś buntu przeciw mediom, estabilishmentowi czy kulturze- zero pretensjonalności i pozerki. I to w tym filmie jest piękne, bo doskonale oddaje tamtą epokę i uczucia jej towarzyszące.
W żadnym wypadku nie jest to film błahy lub taplający się w totalnym zaprzeczeniu wszystkiego. Przede wszystkim mamy tutaj wyśmienitego Michaela Dorffa, który później okazał się być najlepszym aktorem w całej trylogii Blade’a wcielając się w rolę Frosta….
Gra on lekko i zupełnie na luzie doskonale wciela się w postać mimowolnego bożyszcza tłumów. Z kolei wtórująca mu Reese Whiterspoon idealnie gra rolę niewiniątka.
Przesłanie filmu jest naprawdę niebanalne i absolutnie nie zamyka się w sloganie ‘media kłamią’ czy ‘realit shows niszczą’ (choć trzeba przyznać, że ta myśl 14 lat temu okazała się niesamowicie prorocza, gdyż film doskonale obrazuje rozmach tego wszystkiego)
W zasadzie każdy przeżywa wszystko, powtarza i naśladuje co zobaczy, ale nie rozumie niczego. Tak czy siak- minie chwila i pojawi się nowy trend. Zero refleksji. W tym wszystkim trzeba się odnaleźć i trzymać równowagę.

‘Cholerny świat’ to moim skromnym zdaniem pozycja obowiązkowa. Perełka, pomnik pewnego nurtu tamtych lat- jakże szczęśliwym trafem nie wyszedł z tego jakiś szczeniacki silący się na bunt pastisz. Bardzo ciekawe i klimatyczne kino zrealizowane w konwencjonalny sposób, bez żadnych psychodelicznych tricków.

Dodatkowo, jeśli ktoś kiedykolwiek interesował się muzyką z Seattle lub fenomenem tamtego czasu- odnajdzie w filmie znacznie więcej wartości i sensu.

Ciekawostka:

Może zastanawiać, czemu zabrakło ‘Nirvany’ na ścieżce takiego filmu. Sam reżyser twierdzi, że to wszystko na swój sposób odnosiło się właśnie do Kurta Cobaina. Oczywiście samobójstwo Kurta nastąpiło już po wyprodukowaniu obrazu- były problemy z prawem. Reżyser wspomina również, że bardzo dziwiła go Courtney Love, żona Kurta, która w wywiadach nt. śmierci męża ciągle powtarzała filmowe ‘So Fucking what’.
‘That was wired’- stwierdził sam reżyser (dla niewtajemniczonych- Cortney Love to niezłe ziółko, powszechnie uważa się że zbiła na Kurcie żerując na nim przez lata- szczególnie po jego śmierci)

8/10





No Coutry for old men/ To nie jest kraj dla starych ludzi

9 04 2008

2007,

reż Joel Coen , Ethan Coen scenariusz Joel Coen , Ethan Coen zdjęcia Roger Deakins (więcej…)  muzyka Carter Burwe
Zdążyłem na jeden z ostatnich seansów i było warto, gdyż takie filmy na sali projekcyjnej to przyjemność.

To co mnie najbardziej uwiodło w filmie wynika z moich osobistych upodobań. Rzecz dzieje się na Teksasie. Jest przesiąknięta klimatem, zapachem, smakiem i charakterami z tego stanu. Tak się składa, że ten region i kultura są obiektem mojej fascynacji, do tego stopnia- że niedługo wybieram się za wielką wodę właśnie po to, by doświadczyć tego niesamowitego miejsca (dla osób które uważają Texas za nic więcej jak krainę pustyń, stacji benzynowych i debili odsyłam do jakichkolwiek przewodników turystycznych i kulinarnych- można się zdziwić).

Wracając do filmu: już z miejsca, z uwagi na powyższe fakty podbił on moje serce.
Co jeszcze? Coenowie. Uwielbiem Coenów. ‘Fargo’, ‘Big Lebovsky’ były to  wyśmienite dzieła. ‘To nie jest kraj dla starych ludzi’ wcale gorzej nie wypada!
Spokój, ślamazarność, cisza i uważnie prowadzone dialogi mnie uwiodły. Atmosfera nieuniknionego i nie do końca zrozumiałego zła hipnotyzuje. Do tego czarne poczucie humoru, brak ucieczki od pytań o pobudki i myśli jakie doświadcza ober-potwór. Wszystko to podkreślone znakomitą grą Tommyego Lee Jonesa, Javiera Bardemna i Josha Brolina. Nawet ’skandalista Larry Flynt’ się pojawia (ale równie szybko znika).

A to wszystko zamknięte w formułce thrillera. Były weteran znajduje na pustkowiach  martywch handlarzy narkotyków i walizkę pełną pieniędzy. Rozpoczyna się ucieczka dla naszego bohatera, którego goni psychopatyczny morderca…. Brzmi banalnie- i w tym cały czar.

9/10